Jesteś tutaj: Home » Austria » Knedle na dziko

Knedle na dziko

Życie w Austrii jest jak garnek gotujących się knedli, nigdy nie wiadomo na co się trafi. Raz mięso, innym razem ryba lub szpinak, a zdarzy się i mirabelka. No więc my trafiliśmy tym razem na kolejkę grawitacyjną, czyli sanki z oparciem do jazdy letniej – po metalowym torze. Podczas jazdy tradycyjnie trochę padało, co tylko pogłębiło surrealizm sytuacji. Zjeżdżaliśmy stromo w dół, wrzeszcząc i popiskując, malowniczo wyginając się na ostrych zakrętach. A to przecież był tylko jeden z wielu knedli. 

fot. Tomek Gola

fot. Tomek Gola

Wcześniej mieliśmy okazję poobcować nieco z dzikością. Ta wokół górskiego jeziora Laudachsee w okolicach góry Grunbergu jest wyjątkowo atrakcyjna. Tak zresztą jak i w całej Górnej Austrii. Dziewicza natura, cisza, spokój i niezwykłe widoki sprawiają, że to wymarzone miejsce na rodzinną wycieczkę. Nawet wtedy gdy pada. My, przedzierając się przez leśne gęstwiny, mokradła i ogromne kałuże, a także wspinając się na monstrualne drzewo, mieliśmy szansę kolejny raz utwierdzić się w przekonaniu, że Austria Expedition to naprawdę świetna nazwa dla naszego wyjazdu. 

fot. Tomek Gola

fot. Tomek Gola

Ważnym elementem wyprawy był rejs statkiem na jeziorze Traunsee. Z okien jednostki znakomicie widać było jeden z symboli regionu – XI-wieczny biały zamek Seeschloss Ort.  Stoi on na sztucznej wyspie nieopodal miasteczka Gmunden, które powstało w XII wieku i słynne jest na całą Austrię z wytwarzanej tu ceramiki. Ale nie on, a dzikie nabrzeża pełne wyjątkowo bujnej flory, a zapewne i fauny, budziły zachwyt turystów i dumę autochtonów.


fot. Tomek Gola

fot. Tomek Gola

Z garem knedli – całkiem dosłownie już, nie metaforycznie – spotkaliśmy się po południu. Frau Ingrid Pernkopf, szefowa kuchni w hotelu Grunberg podczas kilkugodzinnego show zaprezentowała nam sztuczki o jakich się Makłowiczom czy innym Pascalom nie śniło. Knedlowe ciasto przyrządzała z prostych, ale magicznych składników. Tu podsypała kaszy manny, tam dodała gałki muszkatołowej, zamieszała, przyklepała, zamroziła, a potem czarowała z tego dania proste, acz w swej prostocie genialne. Knedle z mięsem, ze szpinakiem, z rybą, z lokalnym słodkawym serkiem, ze śliwką wreszcie. W rezultacie pochłanialiśmy kolejne potężne michy, popijając miejscowym białym winem. 

 

Fot. Tomek Gola

Fot. Tomek Gola

Po tym wszystkim należał nam się odpoczynek – w hotelu Schwan, który pamięta pewnie jeszcze Franza Josefa i jego kultowe pekaesy. A nawet jeśli nie, co za różnica. Ducha cesarza i całej CK monarchii i tak czuje się tu wszędzie i na każdym kroku.