Jesteś tutaj: Home » Austria » Miasto ze stali (i z anioła)

Miasto ze stali (i z anioła)

Dzień drugi w Austrii uświadomił nam rzecz niesłychaną, acz niepodważalną. Linz to Miasto Aniołów (i stali – ale o tym później). Stróż niebieski z romantycznie rozwianym włosem (anielskim) spojrzał na nas wymownie, wychylając się z ogromnego okna kościoła Urszulanek, a potem było tylko lepiej. Wspinaliśmy się po drewnianych schodach na wielopiętrową platformę widokową, a anioły dodawały nam sił śpiewem (anielskim). Dość stereotypowo wyostrzały przy tym soprany, dramatycznie pomijając basy. Nie mieliśmy do nich o to pretensji. Dopiero z góry, z ostatniego piętra zdaliśmy sobie sprawę,  dlaczego skomplikowana instalacja artystyczna, którą widzieliśmy wokół nazywa się – w dość wolnym tłumaczeniu – „Na dużym rauszu”. Gdzie nie spojrzeć widać było anielskie instrumentarium – jakieś niebiańskie flety i dudy, nie wydający dźwięku dzwon wreszcie. A do tego anielskie postacie w osobach własnych: najbardziej w pamięć zapadły nam anioły stworzone ze sporych połaci szarej folii, uczepione kościelnego zadaszenia i napędzane średniej wielkości generatorami wiatru. Aby tego wszystkiego doświadczyć, trzeba było przebyć finezyjną ścieżkę zdrowia ze zbitych sosnowych desek, wijącą się na wysokości czwartego piętra. Jej finałowy odcinek wbijał się malowniczo w patynowany dach świątyni – dla dobra sztuki lokalny proboszcz zgodził się nawet, by w tej szlachetnej patynie wybić pokaźną dziurę. Impressive, jak mawiają we wschodniej Białorusi. 

TG_160714_Gorna_Austria_0370

fot. Tomek Gola

Rzecz jasna była to jedna z wielu aktywności, jakie tego pięknego deszczowego dnia zaoferowała nam Górna Austria. Bo przecież nie sposób nie wspomnieć o kolorowym w nocy, a całkiem zwyczajnym w dzień muzeum Ars Electronica Center. Wszakże to w takich miejscach jak to naukowcy wespół z artystami wykuwają naszą świetlaną przyszłość. To czy rzeczywiście będzie ona świetlana być może jest kwestią nieco dyskusyjną, acz nie podlega wątpliwości, że – lepsza lub gorsza, ale jakaś tam – przyszłość nas czeka. Warto więc zawczasu się na nią przygotować. No więc szykowaliśmy się na to, co nieuchronne, odbywając podróż do wnętrza oka. Własnego oka. Można więc było wykonać sobie nawet skan rogówki, siatkówki, tudzież innych sportów halowo – plażowych, a potem wydrukować i zachować na pamiątkę. Co ładniejsze, głównie kobiece, siatkówki, być może zawisną kiedyś nawet w gabinetach luminarzy albo kolekcjonerów sztuki nowoczesnej. Wracając jednak do tematu – przyszłością są niechybnie drukarki 3D, a tych w Ars Electronica prawdziwy dostatek. Swego rodzaju drukarnię mają tu nawet kilkuletnie dzieci w pokoju zabaw. Tworzy się tam wybitne dzieła z ciastoliny tudzież innej „liny” do modelowania. Problem w tym, że po niedawnym przejściu przez salę huraganu Polonia supermaszyna straciła trochę skuteczności – niefortunnym zbiegiem okoliczności rączka się jej urwała.

TG_160714_Gorna_Austria_9908

fot. Tomek Gola

Kiedy byliśmy prawie pewni, że miasto Linz w dziedzinie muzealnictwa nie zaskoczy nas już niczym, jak spod ziemi przed nami wyrosła rosła bryła Muzeum Stali. Jak szybko wytłumaczył nasz bystry przewodnik Sebastian – nie byłoby go, gdyby nie najsłynniejszy z Austriaków (choć niestety nie możemy tu mówić o tak zwanej dobrej sławie). Militarystyczne zapędy austriackiego malarza doprowadziły do ruiny pół Europy, ale akurat na Linz miały wpływ zbawienny. Dzięki ogromnemu zapotrzebowaniu na stal w czasie II wojny światowej ta gałąź przemysłu rozwinęła się tu zdecydowanie szybciej niż inne. Dziś fabryka stali sponsoruje wiele wydarzeń kulturalnych, chwali się też osiągnięciami we wspomnianym muzeum. Być może nie jest to najbardziej imponująca kolekcja, jaką w życiu widzieliśmy, ale z pewnością warto wiedzieć, gdzie i jak hartuje się obywatel współczesnej Austrii. Człowiek ze stali. 

TG_160714_Gorna_Austria_9988

fot. Tomek Gola

Żeby ochłodzić nieco rozpalone widokiem hutniczej surówki umysły zmuszeni byliśmy wybrać się na wycieczkę krajoznawczą statkiem pod rzece Dunaj. Zwyczajowo lał deszcz, a temperatura przypominała nam najlepsze momenty polskiego listopada. Dość szybko odzyskaliśmy więc równowagę i filozoficzny spokój. Wartka rzeka niosła nas ku nieznanemu (którym okazały się potężne, kolorowe murale przedstawiające np. parę w tanecznym pas), pomocny kelner donosił jadło i napitki, a my na górnym pokładzie stawialiśmy czoła kolejnym falom linzeńskeigo – a więc w sumie dość skromnego – tsunami, które przetaczało się nad miastem. Te obrazy mieliśmy przed oczami, gdy wieczorem nastrojowymi piosenkami układała nas do snu gwiazda współczesnego jazzu Diana Krall. 

Heaven, I’m in heaven
And my heart beats so that I can hardly speak
And I seem to find the happiness I seek
When we’re out together dancing cheek to cheek

TG_160714_Gorna_Austria_0388

fot. Tomek Gola

Diana – słowami Louisa Armstronga – zapewniała, że jest w niebie i nic tu nie zmienia fakt, że z nieba od rana leje się deszcz. Przeciwnie – to wymarzona dla niej pogoda, bo przecież w zachodniej Kanadzie, skąd pochodzi, to norma. Cóż, takie rzeczy tylko w Linzu – dodawali spece od promocji regionu. A nam pozostało jedynie przyznać im rację i udać się na zasłużony wypoczynek w hotelu przy ulicy Herrenstrasse – czyli, jeśli mnie mój niemiecki nie zwodzi – ulicy Panów. 

TG_160714_Gorna_Austria_0144

fot. Tomek Gola

1 Komentarz

  1. Robili to śmiertelnicy, a teraz za podróżowanie i zdawanie relacji z podróży zabrał się ceniony i dobrze znany magazyn.

Comments are closed.