Jesteś tutaj: Home » Austria » Wyciąg z alpaki

Wyciąg z alpaki

Jak to jest zadyndać kilkanaście metrów nad ziemią, z widokiem na jezioro? O czym się wtedy myśli? Dlaczego się to robi? Po kolei… Zanim się zadynda, trzeba odpiąć się z linki asekurującej i skoczyć w kilkunastometrową nicość. Leci się w dół z prędkością 70 km/h, a potem jest się katapultowanym gdzieś hen, w przestrzeń. Po osiągnięciu wysokości przelotowej lina ściąga cię w dół i wyrzuca symetrycznie po drugiej stronie monstrualnej huśtawki. I tak dobre kilka, jeśli nie kilkanaście razy. Umysł wariuje. Organizm wariuje. Coś gdzieś w środku krzyczy: o co, do cholery, chodzi. Przecież to nienormalne. Dopiero po dłuższej chwili wyrzucasz z siebie nagromadzoną obawę – w formie dzikiego wrzasku, który niesie się daleko, daleko po tafli jeziora Atersee (uwielbianego zwłaszcza przez nurków). Gdzieś do Litzlberg, Palmsdorf, Aufham, Lohen czy Reichholz. Wywalasz to z siebie dopóki dyndanie nie stanie się wolniejsze, bardziej dystyngowane. Wtedy dopiero zaczynasz myśleć. I myślisz sobie, że chcesz więcej. I więcej. 

TG_160716_Gorna_Austria_2046

fot. Tomek Gola

Park linowy Hochseilgarten Haining może nie imponuje rozmiarem – wszystko mieści się na niewielkiej polanie – za to zestaw zadań, jaki oferuje jest naprawdę imponujący. Od wspomnianej jurrasic – huśtawki, przez ogromne pale, na które wpierw trzeba się wspiąć, a potem z nich skoczyć (w przepaść, rzez jasna), przez „szczeble kariery” – czyli ogromną drabinę o dość rzadko rozrzuconych szczeblach i ściankę do team buildingu, na którą trzeba się wdrapać zespołowo, uciekając przed wyimaginowanym tsunami. Użyć można w tym celu jedynie własnych mózgów i kończyn. Nie wspominając już o typowych dla takich obiektów mostkach linowych, które podczas naszego marszu złośliwie wyginają się w każdą możliwą stronę. 

TG_160716_Gorna_Austria_1780

fot. Tomek Gola

Poza zabawą tego rodzaju rozrywki mają budować ducha zespołu np. w grupach pracowniczych. Jednak team spirit udał się nam poczuć nieco wcześniej tego dnia – gdy podczas porannej wizyty na farmie alpak w Weyregg wszyscy gromadnie rzucili się do głaskania bardzo miłych w dotyku zwierząt. Jako że na naszej szerokości geograficznej alpaka nie jest widokiem oczywistym, należy się czytelnikowi parę zdań wyjaśnienia. Otóż jest to trawożerny ssak parzystokopytny z rodziny wielbłądowatych. Żyje głównie w Ameryce Południowej, w Peru czy Boliwii –  zgrabnie wyjaśnił nam to pan hodowca. Czasem mylony jest on z lamą, acz jest od mniej drodny (ssak ten); za to wełny ma tyle co owca. Każda z 26 sztuk, które podziwiać można w Weyregg, ma swoje imię, zwykle włoskie, i darzona jest tu ogromną miłością i szacunkiem. I w przeciwieństwie do wielu towarzyszek z pastwiska, nigdy nie skończy na talerzu – jak to się często dzieje w Peru. W Austrii jest to surowo zabronione. 

DSC_0766

fot. Natalia Fraś zapiskizeswiata.pl

Ciekawa jest też sama historia naszego przewodnika i hodowcy alpak, herr Rennera. Zaniem zajął się hodowlą, był menedżerem w korporacji zajmującej się handlem butami. W dużym skrócie: zarabiał dużo, czasu miał coraz mniej. Wreszcie poczuł, że stacza się w otchłań choroby psychicznej, wypalenia, depresji. Na szczęście trafił na dobrego lekarza, który poza zwolnieniem dał mu receptę na alpaki. Nie pan pomyśli o spokojniejszym życiu – przekonywał. O takich alpakach. Kontakt ze zwierzętami naprawdę uzdrawia. Jest lepszy niż wiele medykamentów i wyciągów z tajemniczych ziółek. Renner nie miał nic do stracenia. Spróbował i, jak mówi, dziś jest bardzo szczęśliwym człowiekiem, który w pełni zarządza własnym czasem. 

fot. Tomek Gola

fot. Tomek Gola

Wieczorem, gdy wylądowaliśmy w pensjonacie Gasthof Hemetsberger w Attersee am Atterse, nie było już sił na kolejne atrakcje – kąpiel w jeziorze czy zwyczajowy rejs statkiem. Adrenalina stopniowo opadała, obrazy chętnie i profesjonalnie pozujących do zdjęć alpak koiły zmysły. Szybka kolacja i wczesny sen były w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem. 

fot. Tomek Gola

fot. Tomek Gola